Home Wyprawy Blog

---Dhaulagiri '2008

Jeden z nas - Rafał "Stułbia" Fronia jest aktualnie na wyprawie w Himalajach, walcząc z Białą Górą – Dhaulagiri, 8167m npm. Himalaiści planowali pierwotnie wejść na dwa inne ośmiotysięczniki (Cho Oyu i Shisha Pangma), jednak zamknięcie Tybetu przez władze chińskie zmusiło ich do zmiany planów dosłownie w ostatniej chwili. Dhaulagiri to wielka góra i wielkie wyzwanie – trzymajmy więc kciuki. Rafał w miarę możliwości będzie podsyłał informacje z terenu, które będziemy na bieżąco zamieszczać na stronie.

15 Października, 2008:

Wyprawa zakończyła się fiaskiem. Ale czy oby na pewno?

Jak mawiał Andrzej Zawada: wyprawy dzielą się na udane - to takie które zdobyły szczyt i szczęśliwe - to te które wracają w komplecie do domu. Nasza była nad wyraz udana – wracamy w nadkomplecie, gdyż okazało się że nasza Pani Justynka jest w ciąży.

Cóż, powody niepowodzenia można rozpatrywać różnie:

1. było nas za mało, w końcowej fazie, w czasie ataku szczytowego tylko troje i Szerpa (pseudo: bojąca dusza).

2. Zabrakło lin poręczowych w kluczowym momencie na wysokości ok 7400, choć ja uważam iż norwescy Szerpowie wypieprzyli z 400m do szczelin by się nie przepracowywać.

3. Pogoda. Ponad metr śniegu, wiatr i widoczność.

Także Dhaulagiri zostało niezdobyte (nikt nie wszedł w tym sezonie) ale posiadając dużo czasu na refleksje uważam, iż zrobiliśmy właśnie tyle ile mogliśmy. Wszystko ponad byłoby nierozsądne i niebezpieczne.

Podsumowując - do zobaczenia latem 2009 na Broad Peaku w Karakorum. Cóż - umarł Król, niech żyje król!

1 Października, 2008:

Stan na dziś jest taki - założyliśmy I, z niejakim trudem, w śnieżycy i wichurze założyliśmy II na wysokości 6750 m. Zejście w dół to niczym ciuciubabka - widoczność z pięć metrów, śnieżyca i wiatr. Nawet gdybym wlazł na serak to zorientowałbym się dopiero po tym, jak zacząłbym lecieć w dół. Sam nie wiem jak odnalazłem drogę, a że troszkę siły w nogach jest to i siedemdziesięciocentymetrowy śnieg nie przeszkodził w bezpiecznym powrocie do bazy. W górze mamy trochę zapasów jedzenia i gazu oraz dodatkowy namiot w II. I to wszystko.

A teraz plany: pogoda uległa znacznej poprawie, dziś w nocy obudziła się jakaś mysz i zeżarła jedną krówkę i z trzy gramy szpeku ze spiżarni, co jest niewątpliwą oznaką dobrej pogody. W górę ruszyli Szerpowie i Norweg, jest też jeden Anglik ale ten jest, to pewne, kompletnym idiotą, oby cało zszedł na dół. My wyruszamy jutro albo pojutrze. I jest to jedyna, pierwsza i ostatnia próba ataku na szczyt. Nie byliśmy w III, a niespędzenie nocy powyżej 7 tys może skutkować odmrożeniami, choć omyłkowo założona II na 6750 a nie na 6400 daje cień szansy. Jeśli Szerpowie zaporęczują najgorszy fragment grani przed III, a po to tam poszli, to drogę na szczyt mamy otwartą. Także ruszamy I, II, III, szczyt - oby. Trzymajcie kciuki. W wyprawie zostało nas już tylko czterech. Wszyscy zdrowi silni i z animuszem. Michał dziś rozpoczął schodzenie, za pięć-sześć dni powinien być w Katmandu. Nasze opuszczenie bazy planujemy na 10.X. Następny mail za około osiem dni.

25-26 Września, 2008:

Pogoda o tyle się poprawia, że sypie już tylko w nocy. W dzień wygląda słonko. Jutro (27.09) planujemy wyjście do I i potem dalej do II. Jeśli pogoda pozwoli, w bazie będziemy 29 lub 30 września.

24 Września, 2008:

Powrót do bazy. Wszyscy w komplecie.

23 Września, 2008:

Ruszyliśmy w końcu w górę. Miało być lajtowo. Najpierw przez lodowiec, potem prawie pionowa ścina Eigera na trawers i powyżej icefallu na plateau. Tam zaczął się horror. Śnieg prawie do połowy uda (Krzychu to miał go aż po interes). Potem było już tylko gorzej, bo stromo w górę. Powiązani linami na zmianę torowaliśmy ślad w śniegu klucząc pomiędzy szczelinami i serakami, a godziny leciały. W końcu po blisko dwunastu godzinach w zupełnej ciemności i przy silnym wietrze poddaliśmy się i rozbiliśmy namioty. Jak się okazało rano - do przełęczy zostało około pół godziny. Noc też nie należała do przyjemnych ale jakoś przeżyliśmy.

22 Września, 2008:

Dotarliśmy do bazy pod Dhaulagiri. Nie obyło się bez sensacji: nasz zespół opuścił Robert i zostało nas tylko pięciu. Pierwszego dnia opuściło nas również (zwiali kutafony) dziesięciu Szerpów, ale zastąpiły ich osiołki i jakoś ruszyliśmy w górę Kali Gandaki. Przez Tatopani, Marfe i w górę przez Yak Kharka i Dhampus Pass, Hidden Valley i French pas 5250m a potem w dół przez lodowiec dotarliśmy na morenę pod północną ścianą Dhaulagiri. Są tu łącznie trzy wyprawy: nasza, czeska w sile pięciu osób i norwesko-australijsko-austiacko-duńska. Ci od dwóch tygodni ale skończyły im się liny przed II i chyba czekają aż wierzchołek przyjdzie do nich. Założyliśmy bazę i jutro powinniśmy zacząć walkę z górą. Aktualnie leje deszcz, a wyżej pewnie śnieg ale rokowania są dobre.

Przez kolejne dziewięć dni padał śnieg, grad, deszcz i co kto tam sobie wymyśli jako opad. Namioty odkopywane co noc. Przymusowy postój w bazie to nuda i wypatrywanie okna pogodowego, szachy, karty i głupie myśli.

9 Września, 2008:

Jutro opuszczamy Katmandu. Mamy w końcu informacje co i jak - pod górę ruszyła mała wyprawa norweska, potem idziemy my z silą 6 osób i 2 Szerpów, a za nami 5 Czechów ale oni najpierw będą robić klime na jakimś sześciotysięczniku. Także siła nas jak jasna cholera. Robi się krotko mówiąc pracowicie, stąd decyzja o dodatkowym Szerpie. Był on na Evereście, wiec liczymy na jego pomoc przy poręczowaniu, a raczej cala droga z I do III musi być olinowana. Nie spodziewamy się zastać poręczówki z wiosny. Sprzęt mamy już skompletowany. O świcie wyruszamy do Beni, skąd ruszymy pieszo w gore. Kolejne wieści jak tylko dopcham się do netu.

8 Września, 2008:

Dotarliśmy do Katmandu, przez Katar, trochę dziwnie i naokoło, ale wygodnie i szybko.

Tu monsun jeszcze się nie skończył, codziennie padają deszcze. Pogoda jednak nienajgorsza. Nie ma upału jak w Pakistanie, nie ma islamu i porównując to wspaniale miasto z poprzednim pobytem widzę, że nieprędko się zeuropeizuje. Zawalone ludźmi, motorowerami (tych jest więcej ale cóż, maoiści u władzy to i rowery z Chin maja krótszą drogę), jeden wielki trzymilionowy targ. Upierdliwość sprzedających flety, pamiątki, skrzypce, bębenki i diabli wiedzą co jeszcze jest niespotykana nawet w Afryce. Ale dzięki tej serdeczności i buddyjskiej religii uśmiechu, jakże tu wspanialej niż gdziekolwiek indziej - stawiam to miasto na pierwszym miejscu.

Ale trochę o wyprawie. Jedziemy na Dhaulagiri, a wszystkie inne wyprawy uciekające z zamkniętego tybetu uderzają na Manaslu – jest ich ponad dwadzieścia. Na naszej górce mają być dwie, trzy wyprawy. Bierzemy 2km lin do poręczowania (szykuje się duuuużo pracy). Słyszałem, że od Beni w gore Kali Gandaki zbudowali drogę, można dojechać do Marfy, stamtąd jeszcze cztery-pięć dni do bazy przez wysoką na 5200m przełęcz - nie spieszymy się wiec. Monsun - czyli śnieg w gorze, tragarze nie przejdą, mało wypraw - wiec wszystko trzeba zrobić samemu. Jutro zostaniemy w Katmandu. Ceny podskoczyły do 180rupii za piwo! Po dojściu maoistów wszystko podrożało - ale oni (Nepalczycy) są zadowoleni. Dziwny naród.

Ponieważ Krzychu jednak wziął begana - będę pisał relacje. Trzymajcie kciuki, przyda się jak jasna cholera.

 

Copyright © 2010 Arbackie Gogo