---Książka „Studnia w Kamerunie”

Mijają dwa lata kiedy to odwiedziliśmy niewielkie góry na pograniczu Kamerunu i Nigerii. Jeepy przywiozły nas bezdrożami do zapadłej dziury za wielką rzeką i pozostawiły na trzydniowym trekingu u podnóża rozpalonych słońcem wzgórz. Zaczęliśmy wędrować. Powoli, obciążeni plecakami, Książka brnęliśmy ścieżkami wśród falujących łanów sorgo, a wataha lokalnych dzieci biegła przy nas szczęśliwa, tak jakbyśmy byli Świętymi Mikołajami mającymi plecaki pełne prezentów, choć cukierki i długopisy zostały już dawno rozdane. Szliśmy i szliśmy a oczy otwierały nam się coraz szerzej, chłonąc dzikość miejsc i gościnność tubylców. Każda wioska, a raczej wioseczka, starała się nas przywitać i ugościć. Były tańce, piwo z bananów i odpoczynki pod rozłożystym baobabem. Poznawaliśmy zwyczaje i kulturę. Zagłębialiśmy się w busz i zwyczajne życie pierwotnych, wspaniałych ludzi, dla których najwspanialszym prezentem była pusta butelka po wodzie mineralnej. Butelka, w której można przechowywać czystą wodę do picia. Butelka, w której tę wodę małe dziewczynki mogą przynieść do malutkich lepianek bez obawy, że się wyleje. Kiedy któregoś wieczoru czekaliśmy, aż upiecze się zarżnięta na cześć naszego przybycia koza, leżeliśmy w cieniu zachodzącego słońca ciesząc się widokiem wodza, który bawił się otrzymanym w prezencie scyzorykiem i małą latarką, zastanawialiśmy się czy, jak wyczerpie się bateria to nas ugotują czy nie. Leżeliśmy a wieczór przynosił ulgę rozgrzanej ziemi. I wtedy otrzymaliśmy prezent. Najwspanialszy spektakl jaki można sobie wyobrazić. Z wdzięczności dla faktu, że zechcieliśmy zatrzymać się w tej wiosce, małe dzieci zaczęły śpiewać. Najpierw nieśmiało, cicho, a potem donośniej i bardziej ochoczo. A my, urzeczeni, klaskaliśmy w rytm śpiewu gapiąc się jak co chwila przewracane dziecko lądowało na rękach swoich koleżanek. A one śpiewały i śpiewały. Zgęstniał mrok i tylko niewyraźne cienie rzucane przez ognisko tańczyły przed naszymi oczami.

Cóż z tego, że potem niejadalna wręcz koza wszystkim zaszkodziła, skoro dowiedzieliśmy się, że taką mięsną kolację mieszkańcy wioski jedzą zaledwie raz w miesiącu. Jak odwdzięczyć się tak gościnnej ludności? Jak sprawić by te dzieci, które pokazały nam, jak powinna wyglądać prawdziwa radość i zabawa poczuły się odrobinę szczęśliwsze?

Woda. Te plastikowe butelki, w których trzeba nosić wodę codziennie, czasem kilkaset metrów, dały nam pewien pomysł. Studnia. Wtedy zrodził się pomysł, by choć tak pomóc tym wspaniałym ludziom. Dlatego powstała ta książka, która nam dała radość wspomnień, im życiodajną wodę, a Państwu - mamy nadzieję - miłą lekturę. Także cały dochód ze sprzedaży niniejszej książki zostanie przeznaczony na wybudowanie „Studni w Kamerunie”, której to współfundatorem jest każdy, kto tę książkę zakupi.

Życzymy miłej lektury.
Arbackie Gogo