Namibia i Botswana '2006
Dość nietypowa wyprawa jak na AGG, bo nie dość że pozbawiona akcentu górskiego, to w dodatku - samochodowa. Któż jednak w dzieciństwie nie marzył o tym, by przejechać autem afrykańskie bezkresne bezdroża? Postanowiliśmy urzeczywistnić te pragnienia. Namibia i Botswana nadają się do takiej zmotoryzowanej włóczęgi doskonale - po pierwsze nijak poruszać się tam publicznym transportem, po drugie - olbrzymie odległości i kuszące pustkowia wymuszają potrzebę posiadania własnego środka transportu.
Wyprawę zorganizowaliśmy w listopadzie 2006 roku w dość ograniczonym składzie (jedynie trzech uczestników). Finalnie przejechaliśmy 8200km zakreślając koło, począwszy od Johanesburga, wzdłuż całej Namibii i wracając do punktu startu poprzez Botswanę. Przez ponad trzy tygodnie naszym domem, pojazdem i przyjacielem był kultowy Land Rover Defender.
Uczestnicy
- Marek "Góru" Janas
- David "Szpieg" de Rosier
- Marek Roubo
Przebieg wyprawy
Zorganizowanie samochodu na taką wyprawę wymagało małej logistycznej gimnastyki (lub bezdennego portfela, którym nie dysponowaliśmy).
Pomocnym jednak okazał się fakt, iż David w tym czasie mieszkał od kilku miesięcy w RPA i mógł zatroszczyć się o wszystko
na miejscu. Wyprawa do ostatniej chwili stała pod znakiem zapytania z powodu trudności w zorganizowaniu wiz,
jednak po przygotowawczych kłopotach wszystko poszło sprawnie.
Wyświetl większą mapę
Po tysiąckilometrowej, nużącej drodze przez zachodnie RPA, dotarliśmy do granicy suchej jak pieprz Namibii. Był początek listopada i na południowej półkuli rozpoczynało się lato. A my, paradoksalnie, pchaliśmy się w metalowej puszce bez klimatyzacji w środek najstarszej pustyni świata. Podróż zaczęliśmy od kanionu Fish River, który wije się kręto pośród czerwonych, nieprzyjaznych skał. Kształty, kolory i formacje przypominają tu zdecydowanie bardziej Księżyc niż naszą planetę.
Kilka dni zajęło nam przebrnięcie przez rozległą pustynię Namib. To odludne miejsce potrafi
zaszokować barwami i różnorodnością. Można tu podróżować pośród ostrych, skalnych szczytów, można też zagubić
się pośród bezkresnych płaskich pustkowi pokrytych suchą, rzadką trawą, odżywianą każdego ranka wilgotną mgłą znad
Atlantyku. Największe wrażenie robi tutaj jednak Sossusvlei - obszar rzekomo najwyższych na
świecie wydm, których wysokość względna potrafi przekraczać trzysta metrów. Przyzwyczajeni do wypraw
górskich, nie odmawiamy sobie przyjemności zdobycia takiego piaskowego szczytu. Wysiłek był porównywalny
do gór, za to nowym doświadczeniem był rozgrzany piach - na tyle gorący, że nie można było się zatrzymać
by odsapnąć, gdyż od razu parzył w stopy.
Trawers pustyni kończymy w drugim mieście kraju - sennym Swakopmund, ulokowanym na wietrznym, mglistym i chłodnym (jak na pustynię) wybrzeżu atlantyckim. Stąd nasz trasa rusza w kierunku północnym - najpierw wzdłuż plaż, gdzie zobaczyć możemy kilkudziesięciotysięczną kolonię fok oraz ugrzęzłe przy brzegu wraki okrętów, które nie poradziły sobie ze zdradzieckimi w tym miejscu wodami (Wybrzeże Szkieletów). Wyobrażamy sobie smutne historie rozbitków - ci, którzy cudem ocaleli, mieli przed sobą setki kilometrów pustyni a nieliczne źródła wody skutecznie były bronione przez drapieżne zwierzęta.
Wjeżdżając w północne rejony Namibii możemy w końcu poczuć w powietrzu trochę wilgoci i zobaczyć zielony kolor.
Odwiedzamy tam (w okolicach stolicy prowincji - Opuwo) wioski ciekawego plemienia Himba -
jednego z bardziej czystych genetycznie plemion Afryki. Ludzie Himba słyną ze smarowania całych swoich ciał
czerwonobrązową gliną, która chroni ich przed insektami i nadaje bardzo charakterystyczny wygląd.
Udaje się nam nawet podwieźć do miasta lokalną, odzianą tylko w przepaskę z trawy, autostopowiczkę.
Z malowniczych, acz bardzo biednych wiosek, kierujemy się do parku narodowego Etosha, podziwiając przepiękne okazy
afrykańskiej fauny (szczególnie słonie, niezliczone antylopy, nie zabrakło też kotowatych).
Z Etoshy obieramy kierunek na wschód, w stronę wąskiego paska namibijskiego lądu - Caprivi Strip. Ten sztuczny twór, wciśnięty na siłę między Zambię, Botswanę i Zimbabwe, daje Namibii dostęp do strategicznej rzeki Zambezi. Tutaj pierwszy raz spotykamy się z rzeką Okavango, w której delcie, już po stronie Botswany, spędzimy sporo czasu.
Okavango to swoisty przyrodniczy fenomen. Wielka rzeka, ciągnąca się z gór Angoli, rozlewa się nagle w środku lądu w gigantyczną deltę i znika na pustyni, nie osiągając innych rzek ani morza. To bagniste, porośnięte papirusem miejsce, daje schronienie wielu gatunkom zwierząt. Staramy się zobaczyć ten cud natury z każdej dostępnej perspektywy - z wody, lądu, nawet powietrza a przede wszystkim - przez zabłocone szyby naszego wehikułu. Poza deltą Okavango ciągną się już tylko urokliwe pustkowia Kalahari, które przejeżdżamy z północy na południe.
Ciekawym przeżyciem podczas trawersu Kalahari był przejazd przez wysuszone, pradawne słone jezioro Makgadikadi.
To pełne miraży, płaskie jak nieskończony stół miejsce, szybko pozbawiło nas jakiegokolwiek poczucia orientacji.
Na środku Makgadikadi zatrzymaliśmy się na zielonej, porośniętej baobabami wyspie Kubu Island, sprawiającej wrażenie
końca świata. Cieszyliśmy się tu samotnością, ciszą i niewiarygodnie rozgwieżdżonym, pustynnym niebem.
Ostatnim etapem wyprawy był przejazd przez Centralne Kalahari, które bardziej przypomina pełny zwierząt busz niż pustynię. Siedmiusetkilometrowy trawers zdala od choćby najmniejszych oznak ludzkiej bytności, zakończył się odciskami na palcach od próbującej wyskoczyć z rąk kierownicy i obolałymi plecami. Tym nie mniej - warto było!
Cała wyprawa była piękna, być może jedynie - zbyt krótka (niewiele ponad trzy tygodnie). Zabrakło czasu na trekking pośród najwyższych namibijskich gór oraz na spokojną eksplorację. Zapewne jednak nie zabrakło wrażeń. Różnokolorowy świat dziwacznej Namibii i przyroda Botswany z trudem dają się porównać do czegokolwiek, co widzieliśmy dotychczas.

